W sobotę 27 listopada w krakowskim kościele św. Idziego, którym opiekują się dominikanie, odbyła się kolejna już śpiewana Msza święta w tradycyjnym rycie Zakonu Kaznodziejskiego. Celebrował ją o. Wojciech Gołaski OP z Estonii.
Mimo niesprzyjającej pogody, kościół szczelnie zapełniło około 160 wiernych. Wśród nich było kilku księży, wielu kleryków, dwóch franciszkanów oraz zauważalna gromadka paulinów. Niektórzy specjalnie na tę okazję pokonali długą trasę, np. o. Marek Grzelczak OP, przeor klasztoru przy pięknym sanktuarium Matki Bożej Gidelskiej, czy Marcin Bornus Szczyciński, który drugi raz pełnił funkcję kantora i razem z o. Tomaszem Grabowskim OP prowadził śpiew.

Ciekawą relację z Mszy zamieścił na swoim blogu jeden z jej uczestników. Poniżej zamieszczamy fragmenty:

Dziś czułem się trochę jak ruscy posłowie, którzy według legendy w X w. przybyli do Konstantynopola, by zobaczyć jak wygląda chrześcijaństwo, do którego przyjęcia przymierzali się ich władcy. Po Boskiej Liturgii w cerkwi mieli powiedzieć: nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy, w niebie czy na ziemi. Bo na ziemi nie ma takiego widoku ani piękna i nie wiemy jak go opisać: wiemy tylko, że Bóg mieszka tu wśród ludzi.

Dziś o 15.30 w kościele św. Idziego pod Wawelem sprawowana była msza wotywna o różańcu NMP w rycie dominikańskim. Moja pierwsza msza przedsoborowa i zarazem pierwsza w rycie Zakonu Kaznodziejskiego (mówiąc o Eucharystii przedsoborowej, zazwyczaj myśli się o tzw. mszy trydenckiej). Co wyróżnia mszę dominikańską? Pierwsze co rzuca się w oczy, a raczej w uszy, to śpiew – melodia pozornie nie ma wiele wspólnego z uważanym za tradycyjny, współcześnie wykonywanym chorałem gregoriańskim. Po raz kolejny okazuje się jednak, że rzeczywistość „zagina” nasze płaskie wyobrażenia o przeszłości. Pierwsi synowie św. Dominika, tkwiący głęboko w tradycji rzymskiej, z jej prostotą, surowością i zwięzłością, śpiewali na melodie… typowo semickie. Gdy dziś modliłem się u Idziego, miałem chwilami wrażenie, że jestem raczej w świątyni jednego z Kościołów wschodnich, przedchalcedońskich, a do pełni brakuje jedynie dyskretnych uderzeń tamburynem. Rzeczywiście, Hieronim z Moraw czerpał z tradycji koptyjskiej, greckiej i syryjskiej (rytmizacja, melizmaty, naprzemienne krótkie i długie dźwięki). Cóż za niezwykłe przenikanie światów!

(…)
Osobiście moją uwagę przykuła pewna płynność w przechodzeniu z poszczególnych części Mszy Świętej. (…) Oczywiście, jest też mnóstwo cech wspólnych z mszą trydencką: język łaciński, msza tyłem do wiernych, ogromny nacisk na wymiar ofiarny, okazywanie szczególnego szacunku ołtarzowi, modlitwa u jego stopni, użycie woskowych świec i kadzidła (prawdziwego, pachnącego, a nie jakiejś słomy!), Kanon Rzymski odmawiany po cichu, dużo ciszy w ciągu całej Eucharystii, dostojność, spokój, harmonia, poczucie, że jest się faktycznie uczestnikiem niezwykłej, dziejącej się tu i teraz Tajemnicy.

Dzisiejsza wotywa była dedykowana NMP, więc odwołań do Matki Bożej (choćby przez Salve Regina) było bardzo wiele. Celebrujący Eucharystię o. Wojciech Gołaski OP – człowiek niezwykle skromny i pokorny – na kazaniu (po polsku rzecz jasna, i na ambonie – nie tej mównicy przy ołtarzu, ale najprawdziwszej, na ścianie, która w polskich kościołach jest obecnie czcigodnym obiektem muzealnym) zwrócił uwagę na to, że powinniśmy zachowywać się jak św. Jan, słuchający słów konającego na krzyżu Jezusa, czyli zabrać Matkę Bożą do nas, do domu, by prowadziła do Jezusa, by mogła być ostatnią deską ratunku, gdy już nie wiemy, jak się odnaleźć. Równocześnie padły w moim odczuciu mocne słowa, być może będące nawet prztyczkiem w nos wobec pewnego środowiska (po którego stronie całym sercem stoję zarówno ja, jak i bez wątpienia sam celebrans). Otóż nie należy używać tradycyjnej liturgii w jakimkolwiek innym celu, jak prowadzenia do Jezusa.

Nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy, w niebie czy na ziemi. A tak po prawdzie, w pewnym momencie zastanawiałem się: po co to wszystko? Przecież po łacinie, nic nie rozumiem i nic nie widzę. Wkrótce jednak spostrzegłem, że “starej mszy” trzeba się uczyć. Bo – jak powiedział o. Gołaski – możemy pozostać na poziomie patrzenia na symbole, lub pójść dalej i próbować je odkryć. Dawna liturgia wymyka się naszej potrzebie chłodnej racjonalizacji, utylitaryzmu, chęci zrozumienia wszystkiego – bez pokory, bez ciszy, bez włożenia w niedzielną Eucharystię pracy, intelektualnego i religijnego wysiłku. Potrzeba dużo czasu i wielu odkryć.

A skąd fenomen tak szerokiego powrotu do „starej mszy”? Odpowiedzi zdaje się udzielać zmarły w 1936 r. G. K. Chesterton: Ludzi najbardziej nużą rzeczy nowe, mody, projekty, zmiany i udoskonalenia. Właśnie stare rzeczy zdumiewają i upajają. To właśnie stare rzeczy są młode… Nie ma chyba ani jednego wielbiciela zmian, który by nie czuł na swym karku olbrzymiego ciężaru znużonego wszechświata. Ale my, którzy czynimy rzeczy stare, zostaliśmy obdarzeni przez naturę wiecznym dzieciństwem. („Napoleon z Notting Hill”).

 

http://sanaree.blogspot.com/2012/10/obdarzeni-wiecznym-dziecinstwem-msza.html

(Wytłuszczenia pochodzą od Redakcji).